Bay of Islands (Zatoka Wysp) to nie tylko piękne krajobrazy (ponad 150 dzikich wysp, leżących w obrębie zatoki), ale również zalążki historii Nowej Zelandii. W 1769 roku do brzegów dzisiejszej północnej wyspy Nowej Zelandii przybija brytyjski odkrywca - kapitan James Cook, miejsce to nazywa Zatoką Wysp. Później stopniowo zaczynają się w tych rejonach osiedlać pierwsi Europejczycy. Tu też w 1840 roku przedstawiciele korony brytyjskiej i miejscowych plemion Maorysów podpisują Traktat z Waitangi sankcjonujący powstanie nowej kolonii brytyjskiej. Sam układ budzi spore kontrowersje, ponieważ tłumaczenie traktatu przedstawione wodzom Maorysów rzekomo nie określało jednoznacznie, iż całkowice zrzekają się oni suwerenności na rzecz korony. Leżącą nad zatoką miejscowość Russell uczyniono pierwszą stolicą nowo powstałej kolonii. Więcej na temat Bay of Islands (en) i traktatu z Waitangi (en).
DZIEŃ PIERWSZY
Rano wsiadamy do busika Straya (firma, w której wczoraj kupiłyśmy karnety na autobusy po wyspie). Po drodze z Auckland do Bay of Islands zatrzymujemy się w Kauri Reserve - rezerwacie ogromnych drzew, z których Nowozelandczycy są tak dumni, jak Amerykanie ze swoich sekwoi. Rzeczywiście nie jesteśmy razem z Anią objąć choćby połowy drzewa:). A że przytulanie się do kaori przynosi szczęście, więc nie wypada nie spróbować.

Po przygodach z drzewami czas na przygody z ptakami. Stajemy w schronisku dla ptaków, gdzie mamy okazję pogłaskać autentycznego nowozelandzkiego kiwi i posłuchać gadającego tui. Tui jest bardzo rozgadany i cały czas w kółko mówi o sick bird - uczy się mówić ze słyszenia, a w schronisku o niczym innym jak chore ptaki się nie mówi:(. Nowozelandczycy w ogóle mają hopla na punkcie ochrony przyrody. Ogólnonarodowym sportem jest polowanie na possumy - oposy australijskie. Te małe futrzaki wielkości kota, sprowadzono do Nowej Zelandii z Australii z zamysłem rozwoju przemysłu futrzanego. Małe oposy szybko wymknęły się spod kontroli, z farm uciekły do lasów i zaczęły się mnożyć na potęgę. Niszczą drzewa, a to z kolei nie pasuje ptakom, które uciekają z wyspy, a to dla Nowozelandczyków katastrofa. Tak więc “good possum is dead possum”.

Do Paihia nad Zatoką Wysp przyjeżdżamy po południu. Na początku podjeżdżamy do Waitangi, gdzie podpisano słynny Traktat, a potem lokujemy się w hostelu Pipi Patch. Wieczorkiem wyżera na hostelowym barbecue:)
DZIEŃ DRUGI
Pada, pada, pada. Wakacje nad Bałtykiem:) Spacer po Paihia, jakieś filmy w TV, mecz rugby Irlandia - All Blacks (narodowa drużyna Nowej Zelandii) i powtórka z barbecue. I tyle…
DZIEŃ TRZECI
Rano znowu paskudna pogoda, więc nie decydujemy się na wycieczkę statkiem i pływanie z delfinami…zimno jak cholera. Później troche, za późno na wycieczkę!, rozpogadza się, więc zbieramy się do Russell po przeciwnej stronie zatoki. Początkowo miejscowośc ta zwana Kororareka zamieszkiwało jedno z plemion Maorysów, potem zaczęli osiedlać się tu Europejczycy, nazwę miejsca przemianowali na Russell i uczynili zeń pierwszą stolicę nowo powstałej kolonii brytyjskiej. Russell jest cholernie małe, nic tam ciekawego nie ma w sumie oprócz ładnej plaży, muzeum Russell (ciekawe?) i pierwszego pubu w Nowej Zelandii, w którym na tyle śmierdzi fajkami, że na kawie siadamy gdzie indziej. Wsiadamy na prom Russell-Paihia, gdzie o mały włos nie giniemy pod atakiem mew - wściekłych mutantów, a po południu busikiem jedziemy z powrotem Straya do Auckland.