9-16.07.2006 Bali (Indonezja)

Nie będę Bali opisywać dzień po dniu. Plaża, knajpy i hotel …. w kółko to samo.

06.07.09.Legian-031

Po lądowaniu okazuje się, że musimy kupić wizę turystyczną. Jest 23:30. Jeżeli kupimy ją po północy to będziemy potrzebować tylko na 7 dni, jeżeli przed to musimy kupować 14-to dniową. Ociągamy się więc jak najdłużej. Krótsza kosztuje 10$, dłuższa 25$, więc kala się chodzić stópkami i zagadywać pograniczników. Mission acomplished i jesteśmy 15$ do przodu.

Przed lotniskiem czeka na nas przedstawiciel OBB (Oceania Biru Bali) - balijskiego przedstawiciela Sta Travel, gdzie bookowałyśmy hotel. Zawożą nas na miejsce i niezła kapa. Pokój w Galaxy Hotel w dzielnicy Legian. Praktycznie bez okna, z brzydką i śmierdzącą łazienką, z bardzo ruchliwą ulicą zaraz przed. Wokół kupa klubów nocnych, ryczące motory etc. Nie tak miały wyglądać nasze pico belo wakacje na Bali! Jakoś przemęczymy się w nocy i pomyślimy rano.

06.07.15.OkoliceDenpasar-031

Następnego dnia robimy małą burzę. Spotykamy się z przedstawicielem OBB i żądamy zmiany hotelu, bo za “takie coś” nie płaciłyśmy. Ten odsyła nas do swojego szefa. Szef - Michael Hill też z początku nie może nic dla nas zrobić, ale po naszym telefonie do biura Sta Travel w Australii nagle okazuje się, że ze zmianą hotelu nie ma problemu. Cała sprawa ciągnie się pół dnia, więc stracone plażowanie, ale za to jak przyjeżdżamy do Indah Beach Hotel w Kucie to w końcu jesteśmy zadowolone. Hotel bajabongo. :) ))

Świętujemy przy indonezyjskim piwie Bintang i satayach - balijskich szaszłykach. Na Bali w ogóle sporo tego świętowania. Żarcie mają tanie i pyszne. Różne wariacje po naszemu “chińskiego” jedzonka, są też balijskie specjały, jak choćby Gado - Gado, czyli smażona mieszanka warzyw z mięsem z dodatkiem jakiejś typowej przyprawy, która nadaje całości posmaczek naszego “ludwika” do mycia naczyń. Bardzo, bardzo nie polecamy…ale poza wpadką z przysmakiem rodem z Bali wszystko nam baaardzo smakuje.

06.07.15.TanahLot-089

Pogodę cały czas mamy jako taką. Strasznie gorąco i wilgotno, ale słońce za chmurami. Ale po tych wiecznych mrozach w Ameryce Południowej, Nowej Zelandii i po części Australii tutaj jest jak w niebie:) Dni mijają nam na opalaniu się i kupowaniu biżuterii od babek na plaży. Atakują nas co moment, targujemy się ostro (to już mamy opanowane do perfekcji:). Głupio będzie to wszystko wypakować w Polszy…. Plaże są brudne i wąskie, przynajmniej w okolicy stolicy Bali - Denpasar. Jak wyspa zrobiła taką karierę turystyczną. Pojęcia nie mam. Może to gwarancja pogody i ciepłe morze. Może…
W przedostatnim dniu jedziemy do świątyni Tanah Lot. Po drodze mijamy pola ryżowe. Sama świątynia jest pięknie położona nad oceanem. Fajny klimat. Tym razem to my jesteśmy atrakcją turystyczną i co rusz ktoś prosi nas, żeby zrobić sobie z nim zdjęcie. Więc pozujemy, bawimy się z małymi dzieciakami etc. Myjemy twarz i ręce w świętej wodzie, na czole przyklejają nam ziarenka ryżu, a we włosy wpinają piękny biały kwiat. Jakiś hinduski rytuał. Taj jak w Kucie i Legian (na całym Bali i w Indonezji zapewne) i tutaj codziennie w różnych miejscach składa się w ofierze jedzenie ułożone na liściach
bambusa.

06.07.15.TanahLot-073

I tak po tygodniu obwieszone biżuterią jak sroki wylatujemy do Singapuru.