17-18.05.2006 Iruya

Skąd w ogóle pomysł, by jechać właśnie do tej położonej wysoko w górach wioski? Jeszcze w Baires w Muzeum Sztuki Latynoamerykańskiej trafiłyśmy całkiem przypadkowo na projekcję dokumentu “Rio Arriba” Ulisessa de la Orden. Reżyser pokazuje historię dwóch zderzających się światów: imigrantów europejskich, którzy w początkach XXw. zakładali plantacje cukru i jego przetwórnie a do pracy wykorzystywali rdziennych mieszkańców wysokich Andów. Mechanizm był prosty: do wsi przyjeżdżał handlarz oferując miejscowej ludności na kredyt żywność i “nowe” luksusowe dla nich produkty. W ramach spłaty kredytu musieli pracować w makabrycznych warunkach na plantacjach i przetwórniach cukru. W tym czasie, kiedy przenosili się na plantacje zaniedbywali dawne uprawy tarasowe, więc po spłacie jednego długu musieli zaciągać nowy kredyt, by kupić żywność, która pozwoliłaby im przetrwać zimę. Więc znowu musieli wyjeżdżać na plantacje, by spłacić kolejny kredyt. I tak w koło Macieju. Proceder ustał wraz z mechanizacją rolnictwa, kiedy to rdzenni mieszkańcy nie byli już potrzebni do pracy na plantacjach w dotychczasowej ilości. Nie pracowali tak długo, aby dorobić się emerytur, a w tym czasie na skutek zaniedbania zniszczeniu uległy dawne tarasy. I tak generalnie ich sytuacja teraz nie wygląda różowo. De la Orden, który sam jest wnukiem właściciela jednej z cukrowni, w ramach rachunku sumienia przekonuje, że najlepiej by było, gdyby kultura europejska w wysokie Andy nie dotarła, ale już za późno…. I tak nas trochę wciągnął ten temat, że postanowiłyśmy przyjechać do Iruya.

Droga z Humaguaki jest kosmiczna. Stary rozklekotany ogórek jedzie cały czas serpentynami zawracając niemalże cały czas o 360 stopni (gdyby nie to, że szlag trafił płytkę ze zdjęciami z Iruya to zobaczylibyście fajny klimacik). Tyle lat jeździ i ludzie się nie boją, więc i my jesteśmy dzielne. Znajomi, których poznamy później w La Quiaca jechali tą drogą w nocy, to dopiero musiał być kosmos…

W Iruya od razu znajdujemy pokój. W tej samej chatce lokują się Argentyńczycy i podróżujący z nimi Angol. Idziemy na spacer i lądujemy na Salcie (lokalne piwo) w knajpen, knajpen. Z jednego piwka robi się kilka a towarzyszy nam przemiła właścicielka knajpki. Opowiada nam o kulisach Ulisesa De la Orden…że wybierał co bardziej rozgoryczonych i zamkniętych na świat rozmówców, a samą historię przedstawił od bardzo czarnej strony. Pani reżysera nie lubi, to widać, a prawda pewnie leży gdzieś po środku. Opowiada o swojej przygodzie z Iruya. Sama trafiła tu z Buenos Aires 9 lat temu przejmując spadek po dziadku. Mimo, że jej przodkowie to rdzenni mieszkańcy, ona już nie była “swoja”, ale “obca” i mimo, że upłynęło tyle lat, dalej “obcą” pozostaje. Mówi, że mieszkańcy Iruya są bardzo zamknięci i oporni na wpływy zewnętrzne. Ona zbudowała hotel i zarabia na turystach i chce by inni, którzy otwierają hotele kierowali się pewnymi standardami. Chce wprowadzać pewne unowocześnienia, jak to, że pokoje gościnne powinny mieć okna, że kawę można podawać cały dzień a nie tylko po obiedzie. W restauracji swojego hotelu chciała mieć wielkie okna z widokiem na góry, ale miejscowi robotnicy zrobili po swojemu małe, też mają fajny widok, ale są małe, bo dużych w Iruya nikt nigdy nie wprawiał. Takie tam przejścia miała. Ale powoli po tych 9 latach w Iruya powoli zapraszają ją na wiejskie spotkania i imprezy. I to oddaje atmosferę miejsca. Ospałe, jak gdyby nic się tu nie działo. I te piękne góry wszędzie naokoło.

Następnego dnia idziemy na wycieczkę do San Isildoro wioski położonej 2 godziny drogi od Iruya. A wycieczka fajna i ciekawa. Ania zostaje gdzieś po drodze, a ja idę dalej dolinką, kilka razy muszę po kamieniach pokonywać potok, po drodze spotykam Argentyńczyków z kwatery i w końcu razem dochodzimy do wioski dosłownie zawieszonej na półce skalnej. Wdrapujemy się do niej pionową niemalże ścieżką i po krótkim odpoczynku ja wracam do Iruya, bo po południu musimy złapać autobus do Humaguaki, a moi towarzysze zostają, tak im się podoba. A rzeczywiście jest ślicznie i ta niesamowita cisza. Bajka. Droga powrotna to mordęga…gorąco i nie za bardzo mam czas na jakikolwiek odpoczynek…autobus.

W autobusie poznajemy kolejnych turystów z Buenos Aires: Diego z dziewczyną, Juliana i Dido. Okazuje się, że oni też jadą do La Quiaca na granicy z Boliwią i że wcale nie musimy jechać do samego Humaguaca. Wysiadamy więc w Tres Cruzes, miała być wioska, a jest szczere pole. Po sekundzie w tym szczerym polu pojawia się autobus do La Quiaki, niezły fuks:) I tak jedną nogą jesteśmy już w Boliwii.

W La Quiaca zatrzymujemy się na noc w hotelu El Amigo, jemy obiad/kolację w lokalnej knajpie (zupa, drugie z kotletem i piwo za 5 zeta:) i bierzemy dłuuuugiii, ostatni na pewien czas gorący prysznic.

16.05.2006 Salta-San Antonio-Salinas-Purmamarca-Humaguaca

O 7 rano przyjeżdża po nas Fernando, który dziś ma być naszym przewodnikiem i kierowcą na drodze do San Antonio de los Cobres, Saliny i Purmamarki. Pierwszy przystanek to Campo Quijano miasteczko zwane bramą Andów. Tutaj stoi pierwsza lokomotywa pociągu do chmur, tutaj też widzimy ślicznie oświetlone wschodzącym słońcem szczyty Andów.

Wjeżdżamy w dolinę Quebrada del Toro i krętymi serpentynami otoczeni mieniącymi się kolorami czerwieni monumentalnymi zboczami Andów, tunelami i mostami, którymi suną tory “pociągu do chmur” docieramy do tablicy informującej, że właśnie znajdujemy się na wysokości 4250mnpm (Salta znajduje się na 1187mnpm.). Wcześniej Fernando częstuje nas liśćmi koki, które łagodzą m.in. bóle głowy związane z pokonywaniem dużych wysokości. A że liście tak na prawdę są niedobre (pożujcie liście jakiegoś drzewka, czy krzaczka, mniam!) wystarcza nam baardzo krótka degustacja. Dalej zatrzymujemy się na kawce u jakichś tubylców i jedziemy dalej do San Antonio de los Cobres. Miasteczko na końcu świata żyje z kopalni czegośtam i przejeżdżających turystół, a tak na prawdę jest małą dziuplą. Na ulicach kupa dzieci chętnie pozujących do zdjęć, ale trzeba im dać zete za każde zdjęcie, bo jak nie to jest kupa rabanu. Takie to sympatyczne. Od przydrożnej baby kupuję wełnianą lamę dla Szelaka.

Po obiedzie ruszamy dalej na saliny wielkie (salinas grandes). Wieelkie solne bagna, pozostałości po wyschniętym słonym jeziorze. Niesamowity widok, bo wyglada jak ogromna pustynia przykryta śniegiem. Zatrzymujemy się koło knajpy w całości wykonanej z soli (solne stoliki i krzesełka nawet!), a potem jedziemy w miejsce gdzie odzyskują sól. Kolesie, którzy się tym zajmują na głowach mają kaptury, które przysłaniają im całe twarze, mają tylko wycięte otworki na oczy, nos i usta. Wyglądają jak zgraja bandytów z Dzikiego Zachodu. Tak się chronią przed palącym słońcem w miejscu gdzie nie ma odrobiny cienia. Można sobie od nich kupić badziewne pamiątki, albo fajne kamienne ozdoby i pewnie byśmy coś takiego kupiły, gdyby nie to, że są kamienne, ważą odpowiednio, a przed nami 2.5 miesiąca z plecakami na plecach. Ot taki pech.

Po salinach jedziemy do Purmamarki gdzie rozstajemy się z Fernando. Purmamarca ma rewelacyjne widoczki na kolorowe góry i przez to jest baaardzo turystyczna, więc nie zostajemy tu na noc, tylko łapiemy autobus do Humaguaki, skąd następnego dnia pojedziemy do Iruya.

W Humaguaca znajdujemy najtańszy chyba hotel w mieście, dostajemy pokój - lepiankę, strasznie zimny, ale miła właścicielka pożycza nam koce. A mnie zabija najgorszy ból głowy odkąd pamiętam. Było żuć kokę, oj było…

14-15.05.2006 Salta

Salta leży u stóp Andów w północno-zachodniej części Argentyny. Turystów do Salty przyciąga głównie kolonialna architektura hiszpańska, piękna XVIII-wieczna katedra oraz liczne okoliczne atrakcje tj. położona na ponad 4000mnpm trakcja “pociągu do chmur” (Tren a las nubes) czy czerwona ziemia i winnice z okolic Cafayate.

12-13.05.2006 Rosario

To trzecie co do wielkości miasto w Argentynie (po Buenos Aires i Cordobie) położone jest 300km na północny-zachód od stolicy. Przez miasto przepływa Parana. 12 lutego 1812r generał Manuel Bergrano po raz pierwszy wzniósł tu nową flagę Argentyny, czego upamiętnieniem jest jeden z najważniejszych zabytków miasta - pomnik flagi (Monumento de la Bandera), a 12 czerwca 1928r. urodził się w Rosario Ernesto Guevara. Dodatkowe info po polsku i po angielsku.

10.05.2006 Tigre - delta Parany

Tigre położone jest na jednej z wysp utworzonych w delcie Parany, znajdującej się na północ od Buenos Aires.
Informacje o Paranie po polsku i o delcie Parany po angielsku.

3-12.05.2006 Buenos Aires (dalej Baires)

Zwane też Miastem Przenajświętszej Trójcy i Portem Pomyślnych Wiatrów (hiszp. Ciudad de la Santissima Trinidad y Puerto de Buenos Aires). Baires to miasto kontrastów, z jednej strony po wzrastających wieżowcach, markowych sklepach, obecności siedzib zachodnich korporacji widać pięknie odbudowującą się po ostatnim kryzysie gospodarkę, gdy jednak odejdziemy kilka przecznic od ścisłego centrum bieda wyłazi zza każdego rogu. Baires to stare i stateczne dzielnice jak Recoleta i Palermo, upstrzona kolorowymi drewnianymi domkami La Boca, galerie i kawiarnie San Telmo, ale też nowoczesne wieżowce oraz jedna z najszerszych ulic świata mająca 140 metrów szerokości Aleja 9 Lipca (nazwana tak na cześć dnia odzyskania niepodległości 9.07.1816r.). I jeszcze największe na świecie zagęszczenie cukierni, gdzie sprzedają faktury - niesamowite ciastka na bazie ciasta francuskiego:). Dodatkowe informacje po polsku i po angielsku.

10888 Puerto Iguazu (1-2.05.2006)

Wodospady Iguazu (port. Cataratas do Iguaçu, hiszp. Cataratas del Iguazú) leżą na rzece Iguazu na granicy brazylijsko - argentyńskiej. I Brazylia, i Argentyna utworzyły wokół swoich części wodospadów parki narodowe, oba umieszczone są na Liście światowego dziedzictwa kulturowego i przyrodniczego UNESCO. To jedno z najbardziej spektakularnych miejsc w Ameryce Południowej.

Po stronie brazylijskiej możemy podziwiać piękną panoramę wodospadów, podczas gdy będąc w Argentynie wchodzimy niemalże do ich serca, stojąc zaledwie kilka metrów od urwiska, z którego woda z ogromnego rozlewiska spada z ponad 80 metrów, co robi piorunujące wrażenie. Więcej na ten temat.

Autobus zatrzymuje sie tym razem sam od siebie na granicy i wysiadamy, zbieramy pieczatki, wsiadamy do tego samego autobusu i jedziemy na terminal urbano. Tam Anie od razu atakuje tubylec oferujac hotel El Guembe za 20$ (1 $ real to mniej wiecej 1 zl). Bierzemy bo blisko, tanio i nie dormitorio. W hotelu szybka kapiel, piwko i wyruszamy czym predzej na podboj miejskich knajp z wielkim jesc, jesc, jesc wypisanym na twarzach!

Najpierw zahaczamy o bank, nasz dom;), potem znajdujemy knajpke i jemy, i jemy, i jemy. Kolacja jak dla konia za 36$/2 os, a co tam szalec to szalec! Jedzonko przepyszne! Przed snem chcemy jeszcze skorzystac z netu, a ze kafejek wbrod to wybieramy pierwsza lepsza i okazuje sie, ze czeka juz na nas mejl od Mariny (kolezanka z Niteroi w Brazylii) Milutko!! Od razu odpisujemy a tu nagle wielkie bum i gasna swiatla w calym miasteczku. Bierzemy takse i jedziemy do domu. W nocy komary nas zabijaja!

OPIS

Rano (10 ;) - dla nas skoro swit;) wstajemy, dluuugo sie wybieramy, jemy hotelowe sniadanie, czyli sucha bule z dzemem i zabieramy sie do Parque Nacional Iguazu (3.5 $ busik z dworca pod sama brame parku). Wjazd do parku to 30 $, zdzierstwo, a Argentynczycy placa 10 razy mniej! Wszystko przez to, ze nie placimy podatkow w Argentynie, pachnie Rosja.

Caly czas zastanawiamy sie, czy wykupic opcjonalne wycieczki, tj. Gran Aventura - najpierw wjazd lodka pod wodospad, potem splyw rzeka w kanionie, potem jeepem przez dzungle, ktora nie jest taka znowu dzungla, jak ja sobie wyobrazamy ogladajac rozne fajne “Tarzany” itp. Inna opcja to Aventura Nautica, czyli lodka pod wodospad i ya. Mamy jeszcze czas na zastanowienie.

Na poczatku wybieramy sie do Garganta del Diablo, do ktorej dojezdzamy parkowa kolejka przez ta wlasnie dzungle, ktora wcale taka fajna i dzika nie jest. Zadnych tygrysow, lwow, wielkich i kolorowych papug, ale krokodyl byl! Opalal sie skubaniec:) Wysiadamy na mini-stacyjce i kladka przez rozlewiska docieramy do wodospadu(ow) i tu naprawde zapiera nam dech!!!! Jest bosko! Ogromne i sliczne! Fotki sa!

OPIS

Potem wracamy do stacji posredniej i wybieramy circuito inferior, gdzie tez wydeptanymi sciezkami przechadzamy sie po dzungli, cha cha, ale wodospady ladne sa. Caly czas myslimy o kapieli wodospadowej. Ania troche powsciagliwie, bo dalej jest chora, ale sprzedawca, mily oj mily, uzycza jej swojej kurtki przeciwdeszczowej, czym ja przekonuje, i tak za 45$ (brrrrrrr…) ladujemy sie do lodki. Okazuje sie, ze razem ze znajomymi z autobusu granicznego Brazylia-Argentyna. Pierwsze podejscie do wodospadu to kilka kropel na glowe (to wszystko z dzikiej kapieli wodospadowej???) dopiero potem zaczyna sie impreza: ja calutenka mokra, Anie ratuje kurtka od kolegi sprzedawcy. Zimnooo! Inaczej jest pewnie latem przy 45 stopiach, ale przy 20 zimnoooo. Schniemy dlugooo, denerwujemy sie na spozniajaca sie kolejke do wyjscia z parku, a potem na spozniajacy sie autobus do centrum.

W koncu udaje nam sie dojechac na terminal urbano i dzikim pedem (mamy 15 min do autobusu do Buenos Aires) docieramy do hotelu,. zabieramy plecaki i biegniemy z powrotem na dworzec. W ostatniej chwili lapiemy autobus, ale jaki AUTOBUS!!! Fotele prezesa, pierwsza klasa samolotu to nic! ho! ho! ho! Ciezko opisac. A jak przynosza nam po pewnym czasie pyszny obiadek a rano sniadanie to padamy na kolana! Polskie autobusy do muzeum!!!