O podróży dookoła świata.

Tutaj słów kilka o tym jak to z tą podróżą było. W czerwcu 2005 r. spotkałyśmy się z Anią Radecką w Krakowie (Ania mieszka w Wawie) i nad Wisłą z jakąś straszną muzyką wiszącą w powietrzu (słynne ze złych koncertów Wianki krakowskie:) tak sobie rozmawiałyśmy o naszych pierdołach i nagle Ania zaproponowała wyjazd na pół roku do Argentyny. Na początku nie myślałam o tym na poważnie, ale w sumie jak się zastanowić, to czemu nie? W listopadzie podczas mojej rewizyty (ulala) w Wawie decyzja zapadła. Tylko skąd wziąć kasę na bilet i jakieś życie na miejscu? W planach była praca w Argentynie, ale tak na początek przydałoby się trochę gotówki. W grudniu 2005 roku zaraz po obronie wyjechałyśmy więc po “szybką kasę” do Edynburga.

06.05.16.SanAntonio-Salinas-Purmamarca-067

Ania Mucha (po lewej) i Ania Radecka (dla odmiany po prawej) - Salinas Grandes, Argentyna.

Edynburg kojarzy mi się tylko z pracą. Obie pracowałyśmy na dwa etaty, obie bez dnia urlopu przez 3 miesiące, obie czasem po 16 godzin dziennie. Ja w biurze na uniwersytecie i w knajpie, Ania podobnie. Pomysł z podróżą dookoła świata pojawił się pod koniec stycznia. Znajoma opowiedziała nam o swojej koleżance, która z takiego wyjazdu właśnie wracała. Zaczęłyśmy szperać w necie, porównywać oferty i w sumie wychodziło na to, że Argentyna tam i z powrotem będzie niewiele tańsza niż pakiet biletów dookoła świata. Decyzja była prosta, bo w trakcie podróży zahaczyłybyśmy również o Argentynę. Spośród wielu dostępnych wybrałyśmy ofertę British Airways i Quantas - 890 funtów za 6 przelotów + opłaty lotniskowe, w sumie 1250 funtów. Czasu na planowanie nie było wiele, bo trzeba było bookować bilety. Koniecznie chciałyśmy być w połowie sierpnia w Polsce, czyli od zakładanej daty wylotu do dyspozycji miałyśmy niecałe 4 miesiące. I zaczęło się groteskowe planowanie dat wylotów, bo na prawdę nie miałyśmy czasu zastanowić się porządnie gdzie i ile czasu powinnyśmy spędzić. Ile powinnyśmy przeznaczyć na Nową Zelandię?….dwa tygodnie powinno nam starczyć…a na Bali ile?…tydzień…ok….Ameryka Południowa?…no tu z siedem tygodni…itd. Potem z Amazona przyszła część przewodników i też w sumie nie było czasu na czytanie…poczytamy w samolocie do Rio. I tak trochę na wariackich papierach się “przygotowywałyśmy”. Duży spontan.

Suma sumarum wszystko wyszło super. Fantastyczni ludzie i miejsca. Polecamy wszystkim ciekawym świata, którzy mają odrobinę determinacji, żeby przemęczyć się na Zachodzie i odłożyć jakieś pieniądze, chyba że mogą to zrobić w Polsce, albo mają takie kwoty już w ręku. Poniższy blog to zapis z podróży dzień po dniu. W menu jest lista krajów, w których byłyśmy. Klikając na fotki w tekście przeniesiecie się do albumu w galerii z fotkami z tego kraju, o którym właśnie czytacie. Zachęcam do komentowania:) I linkowania:).

Besitos!

9-16.07.2006 Bali (Indonezja)

Nie będę Bali opisywać dzień po dniu. Plaża, knajpy i hotel …. w kółko to samo.

06.07.09.Legian-031

Po lądowaniu okazuje się, że musimy kupić wizę turystyczną. Jest 23:30. Jeżeli kupimy ją po północy to będziemy potrzebować tylko na 7 dni, jeżeli przed to musimy kupować 14-to dniową. Ociągamy się więc jak najdłużej. Krótsza kosztuje 10$, dłuższa 25$, więc kala się chodzić stópkami i zagadywać pograniczników. Mission acomplished i jesteśmy 15$ do przodu.

Przed lotniskiem czeka na nas przedstawiciel OBB (Oceania Biru Bali) - balijskiego przedstawiciela Sta Travel, gdzie bookowałyśmy hotel. Zawożą nas na miejsce i niezła kapa. Pokój w Galaxy Hotel w dzielnicy Legian. Praktycznie bez okna, z brzydką i śmierdzącą łazienką, z bardzo ruchliwą ulicą zaraz przed. Wokół kupa klubów nocnych, ryczące motory etc. Nie tak miały wyglądać nasze pico belo wakacje na Bali! Jakoś przemęczymy się w nocy i pomyślimy rano.

06.07.15.OkoliceDenpasar-031

Następnego dnia robimy małą burzę. Spotykamy się z przedstawicielem OBB i żądamy zmiany hotelu, bo za “takie coś” nie płaciłyśmy. Ten odsyła nas do swojego szefa. Szef - Michael Hill też z początku nie może nic dla nas zrobić, ale po naszym telefonie do biura Sta Travel w Australii nagle okazuje się, że ze zmianą hotelu nie ma problemu. Cała sprawa ciągnie się pół dnia, więc stracone plażowanie, ale za to jak przyjeżdżamy do Indah Beach Hotel w Kucie to w końcu jesteśmy zadowolone. Hotel bajabongo. :) ))

Świętujemy przy indonezyjskim piwie Bintang i satayach - balijskich szaszłykach. Na Bali w ogóle sporo tego świętowania. Żarcie mają tanie i pyszne. Różne wariacje po naszemu “chińskiego” jedzonka, są też balijskie specjały, jak choćby Gado - Gado, czyli smażona mieszanka warzyw z mięsem z dodatkiem jakiejś typowej przyprawy, która nadaje całości posmaczek naszego “ludwika” do mycia naczyń. Bardzo, bardzo nie polecamy…ale poza wpadką z przysmakiem rodem z Bali wszystko nam baaardzo smakuje.

06.07.15.TanahLot-089

Pogodę cały czas mamy jako taką. Strasznie gorąco i wilgotno, ale słońce za chmurami. Ale po tych wiecznych mrozach w Ameryce Południowej, Nowej Zelandii i po części Australii tutaj jest jak w niebie:) Dni mijają nam na opalaniu się i kupowaniu biżuterii od babek na plaży. Atakują nas co moment, targujemy się ostro (to już mamy opanowane do perfekcji:). Głupio będzie to wszystko wypakować w Polszy…. Plaże są brudne i wąskie, przynajmniej w okolicy stolicy Bali - Denpasar. Jak wyspa zrobiła taką karierę turystyczną. Pojęcia nie mam. Może to gwarancja pogody i ciepłe morze. Może…
W przedostatnim dniu jedziemy do świątyni Tanah Lot. Po drodze mijamy pola ryżowe. Sama świątynia jest pięknie położona nad oceanem. Fajny klimat. Tym razem to my jesteśmy atrakcją turystyczną i co rusz ktoś prosi nas, żeby zrobić sobie z nim zdjęcie. Więc pozujemy, bawimy się z małymi dzieciakami etc. Myjemy twarz i ręce w świętej wodzie, na czole przyklejają nam ziarenka ryżu, a we włosy wpinają piękny biały kwiat. Jakiś hinduski rytuał. Taj jak w Kucie i Legian (na całym Bali i w Indonezji zapewne) i tutaj codziennie w różnych miejscach składa się w ofierze jedzenie ułożone na liściach
bambusa.

06.07.15.TanahLot-073

I tak po tygodniu obwieszone biżuterią jak sroki wylatujemy do Singapuru.

21.06.2006 Rotorua

Rotorua to najpopularniejsze miejsce na północnej wyspie. Położona nad jeziorem o tej samej nazwie, oferuje turystom liczne baseny wykorzystujące gorące wody termalne. Rotorua daje też możliwość zasmakowania skrajnie skomercjalizowanej kultury Maorysów i innych atrakcji. Więcej o Rotuara (en).

06.06.22.Rotorua-047

DZIEŃ PIERWSZY

Pierwszy przystanek na drodze z Raglan do Rotuary to Waitomo, w którego okolicach można zwiedzać liczne jaskinie. Wycieczki w horrendalnych cenach, na przykład spływ łodzią podwodnymi rwącymi rzekami (black water rafting) to ok. 70$. Dla nas za dużo…i oceniamy, że wystarczy nam wspomnienie podstawówkowego spływu w Sztolni Czarnego Pstrąga w okolicy Tarnowskich Gór (sic!). Idziemy na kawkę a potem oglądamy golenie królików. Na początku dla mnie wygląda to całkiem fajnie, na stojaku siedzi ogromny królik angora, który gdyby nie to, że mruga czasami wyglądałby na wypchanego. Potem przychodzi kobitka zabiera królika, przywiązuje jego cztery łapki do specjalnego urządzenia, rozciąga go i goli maszynką elektryczną. Średnio mi to pasuje, bo wygląda tragicznie. I do tego ludzie robią sobie potem z tym łysym jak fiks któlikiem, dalej wiszącym w powietrzu z rozciągniętymi łapkami. ?eee… Pani tłumaczy, że tak trzeba, że muszą im golić to futro! Eee tam…

06.06.21.Waitomo-028

Zbieramy się i wieczorem już przyjeżdżamy do Rotuary i instalujemy się w hostelu Base Backpackers.

DZIEŃ DRUGI

Rano przed wyjazdem idziemy do Polinesian Spa i z widokiem na jezioro Rotuara moczymy tyłki w kilku basenach o różnych temperaturach wody. Po basenach pod hostel przyjeżdża po nas busik Straya i po drodze do Taupo zatrzymujemy się przy uroczo bulgoczącym jeziorze błotnym.

20.06.2006 Raglan

Nazwę miasteczko i rozpościerająca się przy nim zatoka zawdzięczają oficerowi marynarki brytyjskiej z czasów Wojny Krymskiej - baronowi Raglanowi. Dziś Raglan jest mekką surferów, podobno to najlepszy spot w całej Półkuli Południowej.

06.06.20.Raglan-027

Po porannym moczeniu nóg najpierw w lodowatej rzeczce, a potem w gorących źródłach na Hot Water Beach jedziemy do Raglan. Tam zatrzymujemy się w Karioi Lodge - fajnym hostelu z bungalowami położonymi w buszu, “punktem inspiracji” - leżącą zaraz obok górą z pięknym widokiem na Pacyfik i mocno ekologicznie nastawionymi właścicielami. Git. Hostel prowadzi też własną szkołę surfingową, więc Ci, którym nie przeszkadza zimno próbują swoich sił, a reszta w tym my (nam zimno strasznie przeszkadza) idzie na plażę podglądać surferów. Potem już tylko zachód słońca w punkcie inspiracji, wspólna kolacja ze znajomymi z Holandii - Danielle i Denisem i wszyscy zasypiamy przed TV’kiem.

06.06.20.Raglan-042

19.06.2006 Hahei

Hahei jest znane ze skalistych urwisk i pięknych plaż. 9 kilometrów od Hahei zjajduje się słynna hot water beach - plaża, w której można kopać niewielkie dołki, które momentalnie wypełniają się gorącymi wodami termalnymi.

Rano definitywnie żegnamy się z Auckland. Ostatni raz na wulkanie Mount Eden, z którego widać fantastyczną panoramę downtown i zatoki. Do Hahei dojeżdżamy około 14 i na miejscu w hostelu okazuje się, że do 17 nie będzie prądu. W ogóle dupa, bo znowu leje na potęgę. Kto chce może iść na plażę oglądać jaskinie (Cathedral Cove), kto nie chce nie musi, więc zostajemy pod kołdrami, bo zimno, a na totalne przemoczenie nikt chyba nie ma ochoty. Spokojny wieczór.

06.06.19.Hahei-028

Rano następnego dnia jedziemy na Hot Water Beach. Zimno jak nie wiem co! Brr. Żeby dostać się na plażę, trzeba przeprawić się przez małą rzeczkę. Zdejmujemy więc buty i brniemy przez tą lodowatą wodę, potem biegiem pędzimy do gorących źródeł i z ogromną ulgą moczymy nogi w cieplutkiej wodzie. W Polsce właśnie zaczynają się upały, a tutaj temperatury nie wychodzą ponad kilka stopni….brr. Jak jest tak zimno to wielu rzeczy się odechciewa! Chcemy słońca! … jeszcze jakieś dwa tygodnie i będziemy na północy Australii…tam jest ciepło…auuuu:)

06.06.19.Hahei-026

Nowa Zelandia

Hobbitów brak! Trudno uwierzyć, że ich nie ma, ale podobno tak jest. Jest tak zimno, że nawet Mordor przykryty jest śniegiem. Widać tylko mgłę, a wśród jej oparów kryje się Góra Przeznaczenia. W rzeczywistości Mordor to park narodowy Tongariro, najstarszy i jeden z najpiękniejszych w Nowej Zelandii.

16-18.06.2006 Bay of Islands

Bay of Islands (Zatoka Wysp) to nie tylko piękne krajobrazy (ponad 150 dzikich wysp, leżących w obrębie zatoki), ale również zalążki historii Nowej Zelandii. W 1769 roku do brzegów dzisiejszej północnej wyspy Nowej Zelandii przybija brytyjski odkrywca - kapitan James Cook, miejsce to nazywa Zatoką Wysp. Później stopniowo zaczynają się w tych rejonach osiedlać pierwsi Europejczycy. Tu też w 1840 roku przedstawiciele korony brytyjskiej i miejscowych plemion Maorysów podpisują Traktat z Waitangi sankcjonujący powstanie nowej kolonii brytyjskiej. Sam układ budzi spore kontrowersje, ponieważ tłumaczenie traktatu przedstawione wodzom Maorysów rzekomo nie określało jednoznacznie, iż całkowice zrzekają się oni suwerenności na rzecz korony. Leżącą nad zatoką miejscowość Russell uczyniono pierwszą stolicą nowo powstałej kolonii. Więcej na temat Bay of Islands (en) i traktatu z Waitangi (en).

DZIEŃ PIERWSZY

Rano wsiadamy do busika Straya (firma, w której wczoraj kupiłyśmy karnety na autobusy po wyspie). Po drodze z Auckland do Bay of Islands zatrzymujemy się w Kauri Reserve - rezerwacie ogromnych drzew, z których Nowozelandczycy są tak dumni, jak Amerykanie ze swoich sekwoi. Rzeczywiście nie jesteśmy razem z Anią objąć choćby połowy drzewa:). A że przytulanie się do kaori przynosi szczęście, więc nie wypada nie spróbować.

06.06.16-18.BayOfIslands-031

Po przygodach z drzewami czas na przygody z ptakami. Stajemy w schronisku dla ptaków, gdzie mamy okazję pogłaskać autentycznego nowozelandzkiego kiwi i posłuchać gadającego tui. Tui jest bardzo rozgadany i cały czas w kółko mówi o sick bird - uczy się mówić ze słyszenia, a w schronisku o niczym innym jak chore ptaki się nie mówi:(. Nowozelandczycy w ogóle mają hopla na punkcie ochrony przyrody. Ogólnonarodowym sportem jest polowanie na possumy - oposy australijskie. Te małe futrzaki wielkości kota, sprowadzono do Nowej Zelandii z Australii z zamysłem rozwoju przemysłu futrzanego. Małe oposy szybko wymknęły się spod kontroli, z farm uciekły do lasów i zaczęły się mnożyć na potęgę. Niszczą drzewa, a to z kolei nie pasuje ptakom, które uciekają z wyspy, a to dla Nowozelandczyków katastrofa. Tak więc “good possum is dead possum”.

06.06.16-18.BayOfIslands-034

Do Paihia nad Zatoką Wysp przyjeżdżamy po południu. Na początku podjeżdżamy do Waitangi, gdzie podpisano słynny Traktat, a potem lokujemy się w hostelu Pipi Patch. Wieczorkiem wyżera na hostelowym barbecue:)

06.06.16-18.BayOfIslands-051

DZIEŃ DRUGI

Pada, pada, pada. Wakacje nad Bałtykiem:) Spacer po Paihia, jakieś filmy w TV, mecz rugby Irlandia - All Blacks (narodowa drużyna Nowej Zelandii) i powtórka z barbecue. I tyle…

DZIEŃ TRZECI

Rano znowu paskudna pogoda, więc nie decydujemy się na wycieczkę statkiem i pływanie z delfinami…zimno jak cholera. Później troche, za późno na wycieczkę!, rozpogadza się, więc zbieramy się do Russell po przeciwnej stronie zatoki. Początkowo miejscowośc ta zwana Kororareka zamieszkiwało jedno z plemion Maorysów, potem zaczęli osiedlać się tu Europejczycy, nazwę miejsca przemianowali na Russell i uczynili zeń pierwszą stolicę nowo powstałej kolonii brytyjskiej. Russell jest cholernie małe, nic tam ciekawego nie ma w sumie oprócz ładnej plaży, muzeum Russell (ciekawe?) i pierwszego pubu w Nowej Zelandii, w którym na tyle śmierdzi fajkami, że na kawie siadamy gdzie indziej. Wsiadamy na prom Russell-Paihia, gdzie o mały włos nie giniemy pod atakiem mew - wściekłych mutantów, a po południu busikiem jedziemy z powrotem Straya do Auckland.

06.06.16-18.BayOfIslands-056

13-15.06.2006 Auckland

Auckland położone jest na wąskim pasie ziemii z dwóch stron ograniczonym pięknymi zatokami. Co rusz z ziemii wyrastają wulkany, czynne niestety, co nie za bardzo cieszy mieszkańców miasta, bo jeszcze w tym wieku naukowcy spodziewają sie ogromnej erupcji, która w dużej części zniszczy miasto. Nowozelandczycy uważają Auckland za światową stolicę żeglarstwa. Więcej na ten temat.

06.06.13-15.Auckland-025

DZIEŃ PIERWSZY

Zaraz po przylocie Ania biega od okienka do okienka domagając się rekompensaty za stracony czas od Lan Chile (prawie dziesięciogodzinne opóźnienie lotu). I udaje się! Dostajemy talon na taksę do centrum (jakieś 120 zeta w kieszeni:) Idziemy do centrum informacji turystycznej na lotnisku - fajnie to mają zorganizowane, mnóstwo ulotek z hostelami, hotelami, organizatorami wycieczek. Babka z obsługi może do nich dzwonić i rezerwować miejsca. Wybieramy najtańszy z dostępnych w centrum hosteli…na miejscu swojsko, dużo ludzi, kolacja w cenie (można sobie upgradeować do ludzkich rozmiarów za dodatkową opłatą), powitalne piwko w knajpie hostelowej i idziemy spać.

06.06.13-15.Auckland-024

DZIEŃ DRUGI

W recepcji bookujemy darmowy tour po mieście, na który następnie się spóźniamy. Na szczęście udaje nam się dogonić wesoły autobus Stray’a (firma, która promocyjnie organizuje darmowe toury po Auckland) i spotykamy się z resztą spragnionych opowieści o Auckland za friko przy marinie w downtown. Takie fajne łajby tam stoją…na Mazury nam się chce! Potem wsiadamy do autobusu i jedziemy na jeden z licznch w mieście wulkanów. Na innym oglądamy pomnik Savage’a - jedynego lubianego w Nowej Zelandii Australijczyka. A polubili go po tym jak założył pierwsze w kraju związki zawodowe i pomógł stworzyć system opieki społecznej, więc ta niecodzienna miłość jest całkiem zrozumiała. Koniec wycieczki to piwko w jednym z miejscowych browarów.

A po powrocie nie robimy NIC! Ania dzisiaj ma jet lag’a i o 17 kładzie się spać. Mnie to czeka dopiero jutro.

06.06.13-15.Auckland-017

DZIEŃ TRZECI

Rano idziemy do Maritime Museum - duużo statków, jachtów i małych łódek. Oprowadza nas zajawiony 80-cio letni wolontariusz. Fantastycznie opowiada o America’s Cup, największych na świecie regatach żeglarskich. Kilka razy impreza organizowana była właśnie w okolicy Auckland (kraj, który wygrywa America’s Cup organizuje następne regaty u siebie, dokładnie jak w przypadku Eurowizji), a sami Nowozelandczycy ze swoich sukcesów żeglarskich są niezmiernie dumni. Peter Blake to taki nowozelandzki Małysz, tylko że pływa, nie lata. Pan o naszym Kusznierewiczu nie słyszał niestety!
Wracamy do hotelu i kupujemy pass autobusowy po wyspie północnej (mamy w sumie 2 tygodnie czasu, więc na przejechanie południowej wyspy nie ma kompletnie szans, a i tak tam jest jeszcze zimniej niż tu, więc ewentualnie mogłybyśmy na narty pojechać).

Jedziemy do Auckland Museum - fantastyczne multimedialne muzeum z wystawami poświęconymi kulturze Polinezji, w szczególności zaś Maorysom. Są ekspozycje z roślinkami i zwierzątkami, w cholere wielkich wypchanych ptaków, ja się bałam a co dopiero małe dzieci! I jest też niedawno otwarta rewelacyjna wystawa o wulkanach. Można wejść do specjalnie zbudowanego na tą okazję domku, usiąść w wygodnej kanapie i przeżyć symulację trzęsienia ziemii. Kosmos! Chcemy ciekawych muzeów w Polsce!

Potem spacerkiem przez miasto wracamy do hostelu.

9-11.06.2006 Santiago de Chile - Valparaiso - Viña del Mar

Santiago niepowtarzalnego charakteru nadają otaczające je od wschodu szczyty Andów. W mieście na uwagę zasługuje potężna katedra metropolitalna, siedziba prezydenta - Palacio de la Moneda, liczne parki i piękne stacje metra. Więcej o Santiago (ang.).

Godzinę drogi od Santiago nad Pacyfikiem znajduje się najważniejszy port Chle - Valparaiso. Miasto położone jest na zboczach płynnie schodzących do morza. Valparaiso to kolorowe domki i prowadzące na wzniesienia liczne kolejki szynowe (tzw. ascensores). Tu obraduje parlament chilijski. Miasto znajduje się na światowej liście dziedzictwa kulturowego UNESCO. Z Valparaiso graniczy obfitująca w rozległe plaże popularna wśród turystów Viña del Mar.
Więcej o Valparaiso (ang.) i o Viña del Mar.

DZIEŃ PIERWSZY

Do Santiago przyjeżdżamy z 3 godzinnym opóźnieniem, metro już nie działa, więc taksą jedziemy do Mai - koleżanki Magdy Szeląg. Maja i Perseval super mili, na kolację pycha naleśniki z bananami:).

06.06.10.Valparaiso-VinaDelMar-002

DZIEŃ DRUGI

Po królewskim śniadaniu jedziemy do Valparaiso. Najpierw metrem (najczystsze metro na świecie? piękne mozaiki i obrazy na ścianach) potem autobusem ze stacji Pajarito. Valparaiso objęte jest patronatem dziedzictwa kulturowego UNESCO. Wzgórza miasteczka “porośnięte” kolorowymi domkami, schodzą do Pacyfiku, którego brzeg to głównie zabudowania portowe. Kolorowe kontenery fajnie współgrają z domkami w centrum. Nie trzeba wspinać się wąskimi i krętymi uliczkami, można skorzystać z jednej z kolejek szynowych. Zwiedzamy muzeum jakiegoś generała otoczone przestronnym tarasem z widokiem na miasto i port.

06.06.10.Valparaiso-VinaDelMar-007

Potem jedziemy do Viña del Mar - popularnego kurortu. Wysiadamy z autobusu w centrum i wydaje się, że nic ciekawego tam nie ma, więc piechotą robimy sobie długi spacer wzdłuż wybrzeża do samego Valparaiso. Po drodze mijamy słynny zegar ułożony z kwiatów i zatrzymujemy się na na największym i najlepszym pstrągu pod słońcem. Wracamy do Santiago i znowu Maja czeka na nas z pycha kolacją. Bajka:)

06.06.10.Valparaiso-VinaDelMar-010

DZIEŃ TRZECI

Znowu królewskie śniadanko, a potem spacer po centrum Santiago. Na Plaza de Armas zwiedzamy katedrę metropolitalną z połowy XVIIIw. Deptakiem Alameda idziemy w stronę prezydenckiej siedziby - Palacio de La Moneda. W 1973 roku Pinochet dokonał tu zamachu stanu w którym zginął prezydent Allende. W Palacio de la Moneda niedawno otwarto centrum kulturalne, w którym zwiedzamy wystawę rękodzieła chilijskiego. Bardzo fajna. Wracamy na Plaza de Armas i idziemy w drugą stronę, gdzie trafiamy na Estacion Mapocio - dawnej stacji kolejowej przekształconej na muzeum. Tam też fajna wystawa fotografii. Wracamy do domu, pakujemy się, żegnamy z Mają i Persevalem i jedziemy na lotnisko.

06.06.11.SantiagoDeChile-002

Na miejscu okazuje się, że zmienił się rozkład lotów i polecimy dwie godziny później, ale w ramach rekompensaty dostajemy kupony na kolację. Potem lot przekładają co pół godziny, aż w koncu go odwołują i przewożą nas do Sheratona. Biała pościel, wypasiona łazienka, plazma na pół ściany i to wszystko po nocach w zimnych i mrocznych chatach w Boliwii i Peru, bez ciepłej, bieżącej wody. Ale wszystko ma swoje uroki.

06.06.11.SantiagoDeChile-012

I TAK TROCHĘ Z ŻALEM I Z PIĘKNYMI WSPOMNIENIAMI WODOSPADÓW IGUAZU, RIO, BAIRES, SALTY, SALARU DE UJUNI, WYSPY S�?OŃCA, MACHU PICCHU, AREQUIPY I SANTIAGO OPUSZCZAMY AMERYKĘ PO�?UDNIOWĄ. PRZED NAMI WIELKA WODA I BRAMY MORDORU W NOWEJ ZELANDII.

8.06.2006 Tacna (Peru) - Arica (Chile)

Do 1880r. Arica należała do Peru, które w wyniku Wojny o Pacyfik (inaczej zwana wojną o saletrę) straciło miasto na rzecz Chile. Nad miastem wznosi się góra El Morro, na której zatknięty jest symbol zwycięstwa - flaga chilijska. Dziś Arica to ważny port i popularne kąpielisko. Więcej informacji po polsku i po angielsku.

06.06.08-09.Arica-Atacama-001

Dzień zaczynamy znowu o świcie, o 5 rano pijemy kawę w dworcowej knajpie w Tacna. W miarę sprawnie udaje nam się znaleźć transport do Arici po stronie chilijskiej. Granica jest czynna dopiero od 6 albo 7 (zależy kogo pytać), więc mamy trochę czasu. W międzyczasie poznajemy Portugalczyka Tiago, który też chce się przedostać do Chile. Przez granicę przejeżdżamy prywatnym samochodem za niewielkie pieniądze, kierowca załatwia większość formalności, my tylko pokazujemy paszporty. Zabierają mi grejpfruta! Jakieś przepisy sanitarne, czy cuś. Skandal:). Granica leży już na pustyni Atacama, która towarzyszyć nam będzie do samego Santiago. Wysiadamy na dworcu w Arice, kupujemy bilety do Santiago na 16 (Tiago miał jechać z nami, a potem przedostać się przez Andy do Mendozy w Argentynie, mówią nam, że drogi przez przełęcze Andów są nieprzejezdne, napadało bardzo, a nasz nowy kolega się spieszy i nie ma czasu, więc postanawia zawrócić). Zbieramy się do centrum.

06.06.08-09.Arica-Atacama-003

Po drodze mijamy ogromny port, a przed nami na horyzoncie rysuje się ogromna góra wyrastająca nad miastem - El Morro. Docieramy na plażę, nici z kąpieli, bo ania szybko zauważa martwego wilka morskiego na plaży. Nie zachęca. Ale za to wysypiamy się porządnie. Wracamy na dworzec. I z pół godzinnym opóźnieniem ładujemy się do autobusu do Santiago. Miejsca mamy vipowskie bo przed samą przednią szybą na piętrze. Super widoki Atacamy.

06.06.08-09.Arica-Atacama-009

Po drodze mamy dwie kontrole straży granicznej. Chilijczycy bronią się przed imigrantami z Peru. Tacna i Arica mają porozumienie o ruchu przygranicznym, więc na samej granicy kontrola jest jaka jest, czyli prawie żadna. Sprawdzają więc samochody na punktach kontrolnych na jedynej drodze z północy na południe Chile. A propos dróg to oczywiście wypasione. Nie ma co porównywać do naszej A4 z Krakowa do Katowic! 30-godzinna podróż mija nam niezwykle szybko. Po raz enty oglądamy dwa idiotyczne filmy: “Kangura Jacka” i “Gool”. Ten drugi nieco lepszy, ale oglądamy go już któryś raz (bije rekordy popularności w Ameryce, ten o kangurze też, więc puszczają je na każdej dłuższej trasie autobusowej). “Kangur Jack” ma 4.0/10 na IMDB:) A fe!