28-30.05.2006 Copacabana-Isla del Sol
DZIEN PIERWSZY - COPACABANA
Po brudnym i zatloczonym La Paz Copacabana zaskakuje nas przyjemnymi i ladnymi uliczkami, fajnymi lokalnymi knajpkami i bijaca w oczy czystoscia!! Szybko znajdujemy hotel za 15 bs. od glowy (po wykorzystaniu opanowanej do perfekcji sztuki targowania:)). Mama hotelowa dla mnie mila jak cholera, zagaduje ja ile moge opowiesciami o religijnej Polsce, o majowkach etc. Ania ma z nia troche problemow. Wrzatku jej zaluje np..
Glowna ulica to mnostwo straganow, wiec juz wiadomo na czym nam uplywa popoludnie. Jest tez obiad menu z zupka, drugim z ryba i deserem. I wiecej nic ciekawego sie nie dzieje. Kladziemy sie wczesnie, bo a jeszcze na antybiotykach, ja jutro wybieram sie na Wyspe Slonca (Isla del Sol).
DZIEN DRUGI - ISLA DEL SOL
Wstaje rano, raniutko o 7 i zbieram sie, bo przed osma musze byc na przystani, skad lodka poplyne na Isla del Sol. Ania zostaje, bo jeszcze nie czuje sie na silach, pojedzie jutro.
Bilet tam i z powrotem kosztuje 15 bs, z tym ze tylko na poludniowa czesc wyspy. Przystanie sa tez na polnocnej - mniej turystycznej, ladniejszej, spokojniejszej, z ruinami Inkow - czesci, ale lokalni sie teraz kloca o ziemie (jak w domu!!!) i nie wpuszczaja lodek turystycznych.
Pozostaje mi przejscie z poludniowej do polnocnej czesci na piechote, co okazalo sie super alternatywa, ale o tym nieco pozniej. Po poltoragodzinnym rejsie lodka “dla bialych” , wysiadam i zaczynam wspinaczke na gore (ulala! duuza ta gora). Jak Ci ludzie tam zyja?? Codzienna wspinaczka niemalze pod pionowa gore! I jak oni to pokonuja!! Hopsa, hopsa i juz jest na gorze! I to 80-letnia babuszka!! Troche mi glupio…
Po tych poczatkowych nieziemskich mekach to czysta przyjemnosc. Oplata za wejscie na polnocna czesc wyspy to 10 bs. A trasa piekna…szczytami gorek, jezioro z kazdej strony, male wysepki, na horyzoncie z jednej strony strzeliste Andy Boliwii, z drugiej nieco nizsze po stronie peruwianskiej. Slicznie. Troche musze pedzic, bo do powrotu o 16 mam 6 godzin, a mowia ze przejscie tam i z powrotem wlasnie tyle zajmuje.
Po drodze spotykam chlopakow z hotelu w Iruya w Argentynie, potem pare Polakow (nareszcie!!) a na koniec miejscowego Roberto z corka Stephanie, ktory 13 lat temu przeniosl sie do Buenos Aires. I to byl strzal w 10, bo mam okazje wysluchac miejscowych legend o wyspie i Inkach… Przed wiekami na wyspie zyla stara baba, zwana Nimria, ktora nosila na szyi wielki zloty klejnot - Swieta Esmeralde (Esmeralda Sagrada). Inkowie na wiesc o klejnocie postanowili podbic wyspe. Ale Nimria wczesniej ostrzezona zakopala klejnot, a potem wydlubala sobie oczy tak, by pozniej nie moc go znalezc. I tak po dzis dzien klejnot lezy zakopany gdzies na wyspie. Inne legendy mowia o tunelu z wyspy biegnacym az do samego Cuzco (stolica Inkow w Peru), czy o pokladach zlota na wyspie. Razem z Roberto i Stephanie zwiedzamy stare ruiny Inkow, jak rozwalony domek babci:) nic szczegolnego. Ale widoczki z ruin na jezioro boskie. Na koniec Roberto czestuje mnie typowym lunchem z wyspy: gotowane ziemniaczki, marchewki etc. Bardzo smacznie i milo. Rozstajemy sie i pedem wracam na poludniowa czesc wyspy, w ostatnim momencie lapie lodke powrotna i po godzinie jestem w Copacabana.
Wieczorkiem obiad i bluesowy koncercik. Muzyczka fajna i datek do czapki wedrujacej od stolika do stolika. Potem to juz tylko spac.
DZIEN TRZECI - COPACABANA (BOLIWIA) - CUZCO (PERU)
Rano zakupy blyskotek i o 13:30 wsiadamy do autobusu do Cuzco. Bilety kupujemy w tour Peru, co wszystkim szczerze polecamy, bo z tymi kupowanymi w innych agencjach, ktorych sa setki, sa problemy. Operatorem autobusu jest wlasnie tour Peru. I wcale nie drozej, po targowaniu sie wrecz taniej, czyli 70 bs., a nie jak gdzie indziej 80-90 bs.
Autobus zatrzymuje sie na granicy - stempelek boliwianski, stempelek peruwianski - i jedziemy dalej do Puno. Puno brzydkie, brzydkie, brzydkie. Nic specjalnego nie widzimy. Jedyne co wyroznia Puno to Plywajace Wyspy (Islas Flotantes) na jeziorze Tititaca. Nie decydujemy sie na wycieczke, bo podobno to teatrzyk dla turystow, a nam srednio pasuje ogladanie ludzi, ktorzy dwoja sie i troja, zeby pokazac tradycyjne zycie na wyspie. A poza tym cza s nam ucieka…niecale dwa tygodnie do wylotu z Santiago de Chile. Przesiadamy sie wiec od razu na autobus do Cuzco, gdzie docieramy o 1 w nocy, nie jak obiecywano o 23. Naganiacz zawozi nas do hotelu za stargowane 10 soli (1 sol = 1zl) Zimnooo….





witaj aniu
dostałem od pawła adres strony i tak sobie przeglądam. bardzo ci zazdroszczę. sam bym chciał się tak wybrać jak ty (może kiedyś) czas pokaże. baw się dobrze, pozdrowionka od wanatów młodszych.
Comment by Czarek — June 11, 2006 @ 5:47 am