19.05.2006 Villazon

Wstajemy rano jeszcze po stronie argentynskiej, bierzemy najdluzszy, najcieplejszy, co w sumie daje najprzyjemniejszy prysznic w Argentynie i przy kawce i facturas dlugo czekamy na naszych nowych argentynskich compañeros. Kiedy juz wszyscy sa gotowi wybieramy sie w strone przejscia granicznego. Z plecakami zajmuje nam to ok. 20 min.

A na granicy mnostwo mrowek. Tak, tak w Argentynie drobnych przemytnikow tez nazywa sie mrowkami. Babuszki przykurczone niosa na plecach ogromne wory. A w worach 50 kg. paki cukru, maki etc. Sa tez mrowki-panowie, ale tych jest zdecydowanie mniej. Jeden z nich niesie w szmacie na plecach 3 skrzynki litrowego Quilmesa!! Ile to moze wazyc nawet nie liczymy. Dziwi nas troche natura przenoszonych rzeczy, bo Boliwia jest generalnie duuzo tansza, widac sam fakt, ze maka, piwo, czy cukier sa z Argentyny duzo zmienia.

Mrówki w Villazon (granica arg.-boliw.)

Klimacik w Boliwii jak w Albanii!, czyli juz jestem zakochana:) . Na ulicach jeden wielki targ, sprzedaje sie wszystko, przy czym obowiazuje scisla specjalizacja. Stragan z iglami i nicmi, inny ze skarpetkami, jeszcze inny z kredkami. Generalnie bardzo brudno i bieda wyglada zza kazdego rogu.

Akurat tego dnia Villazon obchodzi 189 rocznice zalozenia miasta. Wszedzie parady, muzyka, pelno ludzi.

Święto miasta w Villazon

Docieramy do dworca i okazuje sie, ze tego dnia pociagu nie ma (odjezdzaja co drugi dzien). Idziemy na dworzec autobusowy. Tam okazuje sie, ze bezposredniego autobusu do Ujuni (tam jest slawna pustynia solna) nie ma. Mozna jechac z przesiadka w Tupizie (bilet do Tupizy to 20 boliwianos, 1 boliwiano=40 groszy), ale bez gwarancji, ze tego samego dnia dostaniemy sie dalej do Ujuni. Druga opcja, dla nas bardziej atrakcyjna, to nocna podroz do Potosi - najwyzej polozonego miasta swiata - za 40 bs. Nasi compañeros argentinos wybieraja opcje przez Tupize do Ujuni, my decydujemy sie na Potosi.

Odprowadzamy compañeros argentinos na ich autobus, same idziemy do przydworcowej knajpki na obiad (menu del dia, czyli przystawka, zupa i drugie kosztuje 7bs plus piwo litrowe 10 bs). Tutaj pierwszy raz poczujemy smak boliwijskich kibli (toaletami ich nie nazwe z premedytacja!!) bez wody w spluczce, kranie, ale za to z gownem lazacym po scianach. Po obiedzie, kawce i zakupach skarpetkowych wsiadamy do autobusu do Potosi. Przy wejsciu kasuja nas po 1bs za przeniesienie bagazu i po 2bs na utrzymanie dworca. Oburzenie mija, gdy widzimy, ze miejscowi tez placa.

Przyjechały dwie miastowe i myślą, że kibelek sam się posprząta.

Comment by muszek — May 29, 2006 @ 10:22 pm

uświadamiam sobie właśnie, że ludzie w każdym z krajów i kontynentów borykają się z tym samym problemem jakim jes kupa.

Comment by kulej — May 30, 2006 @ 2:31 pm

Leave a comment

You must be logged in to post a comment.