16.05.2006 Salta-San Antonio-Salinas-Purmamarca-Humaguaca

O 7 rano przyjeżdża po nas Fernando, który dziś ma być naszym przewodnikiem i kierowcą na drodze do San Antonio de los Cobres, Saliny i Purmamarki. Pierwszy przystanek to Campo Quijano miasteczko zwane bramą Andów. Tutaj stoi pierwsza lokomotywa pociągu do chmur, tutaj też widzimy ślicznie oświetlone wschodzącym słońcem szczyty Andów.

Wjeżdżamy w dolinę Quebrada del Toro i krętymi serpentynami otoczeni mieniącymi się kolorami czerwieni monumentalnymi zboczami Andów, tunelami i mostami, którymi suną tory “pociągu do chmur” docieramy do tablicy informującej, że właśnie znajdujemy się na wysokości 4250mnpm (Salta znajduje się na 1187mnpm.). Wcześniej Fernando częstuje nas liśćmi koki, które łagodzą m.in. bóle głowy związane z pokonywaniem dużych wysokości. A że liście tak na prawdę są niedobre (pożujcie liście jakiegoś drzewka, czy krzaczka, mniam!) wystarcza nam baardzo krótka degustacja. Dalej zatrzymujemy się na kawce u jakichś tubylców i jedziemy dalej do San Antonio de los Cobres. Miasteczko na końcu świata żyje z kopalni czegośtam i przejeżdżających turystół, a tak na prawdę jest małą dziuplą. Na ulicach kupa dzieci chętnie pozujących do zdjęć, ale trzeba im dać zete za każde zdjęcie, bo jak nie to jest kupa rabanu. Takie to sympatyczne. Od przydrożnej baby kupuję wełnianą lamę dla Szelaka.

Po obiedzie ruszamy dalej na saliny wielkie (salinas grandes). Wieelkie solne bagna, pozostałości po wyschniętym słonym jeziorze. Niesamowity widok, bo wyglada jak ogromna pustynia przykryta śniegiem. Zatrzymujemy się koło knajpy w całości wykonanej z soli (solne stoliki i krzesełka nawet!), a potem jedziemy w miejsce gdzie odzyskują sól. Kolesie, którzy się tym zajmują na głowach mają kaptury, które przysłaniają im całe twarze, mają tylko wycięte otworki na oczy, nos i usta. Wyglądają jak zgraja bandytów z Dzikiego Zachodu. Tak się chronią przed palącym słońcem w miejscu gdzie nie ma odrobiny cienia. Można sobie od nich kupić badziewne pamiątki, albo fajne kamienne ozdoby i pewnie byśmy coś takiego kupiły, gdyby nie to, że są kamienne, ważą odpowiednio, a przed nami 2.5 miesiąca z plecakami na plecach. Ot taki pech.

Po salinach jedziemy do Purmamarki gdzie rozstajemy się z Fernando. Purmamarca ma rewelacyjne widoczki na kolorowe góry i przez to jest baaardzo turystyczna, więc nie zostajemy tu na noc, tylko łapiemy autobus do Humaguaki, skąd następnego dnia pojedziemy do Iruya.

W Humaguaca znajdujemy najtańszy chyba hotel w mieście, dostajemy pokój - lepiankę, strasznie zimny, ale miła właścicielka pożycza nam koce. A mnie zabija najgorszy ból głowy odkąd pamiętam. Było żuć kokę, oj było…

Leave a comment

You must be logged in to post a comment.