3-12.05.2006 Buenos Aires (dalej Baires)

Zwane też Miastem Przenajświętszej Trójcy i Portem Pomyślnych Wiatrów (hiszp. Ciudad de la Santissima Trinidad y Puerto de Buenos Aires). Baires to miasto kontrastów, z jednej strony po wzrastających wieżowcach, markowych sklepach, obecności siedzib zachodnich korporacji widać pięknie odbudowującą się po ostatnim kryzysie gospodarkę, gdy jednak odejdziemy kilka przecznic od ścisłego centrum bieda wyłazi zza każdego rogu. Baires to stare i stateczne dzielnice jak Recoleta i Palermo, upstrzona kolorowymi drewnianymi domkami La Boca, galerie i kawiarnie San Telmo, ale też nowoczesne wieżowce oraz jedna z najszerszych ulic świata mająca 140 metrów szerokości Aleja 9 Lipca (nazwana tak na cześć dnia odzyskania niepodległości 9.07.1816r.). I jeszcze największe na świecie zagęszczenie cukierni, gdzie sprzedają faktury - niesamowite ciastka na bazie ciasta francuskiego:). Dodatkowe informacje po polsku i po angielsku.

Za dużo byłoby relacjonowania dzień po dniu naszego pobytu w stolicy Argentyny, opiszę więc to co nas w Baires najbardziej zaciekawiło i co nas najbardziej urzekło.

Mieszkamy u mamy Samanty, koleżanki Ani, którą poznała w Warszawie i z którą dopiero co widziałyśmy się w Dublinie. Z dworca autobusowego, który ciągnie się na kilometr chyba, dojeżdzamy na Puyerredon, gdzie mieszka rodzina Sami, taksą za niecałe 8 zeta. Kosmos:) Otwiera nam Bruno starszy z braci , potem poznajemy jeszcze młodszego Alvaro i mamę Marcelę. Przemili. Mieszkanko w kamienicy jest super. Trochę dziuplowate, ale klimat ma niesamowity. Bruno odstępuje nam swój pokój, do którego wspinamy się po krętych metalowych schodach. Na początku plan był taki, że zahaczymy się u mamy Sami na kilka dni a potem znajdziemy hostel albo mieszkanko (początkowo chciałyśmy zostać w Baires na kilka tygodni, znaleźć pracę lub praktykę, o tym jak z tego nic nie wyszło napiszę później). Skończyło się na tym, że rodzina Sami zapraszała nas, żebyśmy zostały u nich i z grzeczności nie odmówiłyśmy:). Pierwszy dzień w Baires to kolacja z Brunem, Alvaro i Marcelą - typowe argentyńskie milanesas (bardzo cienkie schabowe), puree z ziemniaków i puree z dyni. Wszystko przepyszne! Potem wychodzimy z Bruno do tajemniczej knajpen, z prowadzącą doń niepozorną bramą. Dzwonimy, ktoś przychodzi, otwiera bramę od środka, wchodzimy i jest bardzo miło:) I ta atmosfera konspiracji:)

Baires to codzienne uczty, dalej odbijamy sobie okrone szkockie jedzenie. Godzinne śniadanka (rodzina Sami nie może uwierzyć:) i w końcu pyszny chleb, masło, sery i warzywa. I oczywiście na zakończenie wspomniane wcześniej faktury - pycha ciacha. I tutaj dziwna sytuacja. Miałyśmy bardzo duży problem ze znalezieniem sklepu spożywczego. Są wszystkie inne - obuwnicze (mnóstwo), cukiernie (co 100m:) i sklepy z ciuchami, czy ozdobami - a sklepów z papu nieto! Oprócz milanesas i faktur bardzo smakuje nam argentyńska pizza. Baires to duże skupisko włoskich imigrantów, co wszystko tłumaczy.

Szukamy pracy:/. Najpierw dzwonimy do ambasady polski z prośbą o przyjęcie na praktyki. Odpowiada kobitka, która w baaaardzo zwolnionym tempie wyjaśna, że trzeba je załatwiać duużo wcześniej, że trzeba mieć list z uczelni etc. Czyli nic to. Na sieci znajdujemy adres Polsko-Argentyńskiej Izby Handlowej. Na miejscu okazuje się że niczego takiego pod tym adresem nie ma, ale jest firma Koparko zajmująca się pośrednictwem we współpracy polskich i argentyńskich spółek węglowych. Na rozmowę przyjmuje nas sam prezes - dr Llamazares, który wcześniej był prezesem Izby, a teraz rozkręcił własny interes. Z rozmowy wynika, że sama Izba niby istnieje, ale nic nie robi, czyli jest jakiśtam prezes pobiera kaskę i ma życie jak w Madrycie. Firma kogucik. Ja chcę pracować w dyplomacji!!:) Sam dr Llamazares jest przemiły, niestety nie może zaproponować nam pracy, bo jego firma to on i sekretarka, ale proponuje nam skontaktowanie się z polską delegacją, która za kilka dni przyjeżdża na kurs do Baires i będzie szukać tłumacza i asystentki. Cała sprawa fajnie wygląda, bo oni mają spędzić na południu Argentyny 2 miesiące i na tyle miałby opiewać kontrakt. Ale z drugiej strony trzebaby zmieniać wszystkie bilety i przedłużyć cały wyjazd o te dwa miesiące. No nic spróbujemy jak już przyjadą. Jak to się skończyło wiadomo. My sobie przemyślałyśmy całą sprawę i nie zależało nam na tym szalenie. Jak już delegacja przyjechała to próbowałyśmy się z nimi skontaktować, a jak nie wyszło to machnęłyśmy ręką. I tak z pracy wyszło wielkie nic i przed nami były 3 miesiące wakacji:)

Teraz wypada napisać trochę o ciekawych miejscach w Baires. Zwiedzamy San Telmo, przypominającą krakowski Kazimierz dzielnicę galerii i knajpek. W dzień wszystko wygląda fajnie, kawka z fakturką tu, kawka z fakturką tam. W nocy zaś poza samo centrum San Telmo - plac Dorrego, na którym stoi najstarsze drzewo w Buenos Aires - nie warto się zapuszczać. Rzeczywiście czujemy się dziwnie, jak ludzie na ulicach zwracają nam uwagę, mówiąc żebyśmy po zmroku nie chodziły same po ulicach. I rzeczywiście czujemy się niepewnie. San Telmo pełne jest hosteli, które nocą zamieniają się w zamknięte enklawy Europejczyków i Amerykanów, do co poniektórych nie przyjmują w ogole Argentyńczyków, dziwne to. I z tego między innymi powodu nie chciałyśmy mieszkać w hostelu, bo jak poznać prawdziwą Argentynę skoro obok siebie nie ma się żadnego Argentyńczyka tylko samych swoich? Trudno by było. San Telmo przeurocze jest w niedzielę. Wtedy ulice zapełniają się artystami wystawiającymi swoje prace, muzykami, tu i ówdzie widać pary tańczące tango. Niewinna komercja, można kupić rzeczy ładne i brzydkie, drogie i tanie. Ale klimat jest fajny.

Kolejne fajne naszym zdaniem miejsce to Recoleta, obok Palermo i San Telmo jedna z najstarszych dzielnic BA. Rezydencje w stylu francuskim i liczne kawiarnie zapewniły Recolecie miano Paryża obu Ameryk. W sercu dzielnicy znajduje się przepiękny cmentarz (Cementerio de la Recoleta). Tu leżą Eva Peron i kapitan Bergrano. Nie ma nagrobków jak u nas, są za to przepiękne mauzolea i wygrzewające się na nich w słońcu koty. Codziennie o 17 przychodzi pracownica cmentarza i przy bramie głównej dokarmia koty. My wychodzimy tuż przed 17 i przed oczami mamy niesamowity widok całej armii kotów siedzących przed bramą i wyczekujących obiadu. Spryciarze. Zaraz obok cmentarza jest kolonialny kościół Nuestra Señora del Pilar, z barokowym ołtarzem przywiezionym z Peru. Kościół jak kościół. ładny.

Palermo - największa dzielnica Baires - składa się z wielu pomniejszych części, każda z nich inny w swym charakterze. Knajpy i kluby w Palermo Hollywood, galerie i sklepy z antykami w Palermo Viejo (Stare Palermo), gdzie swego czasu żyli Che Guevara i Borgas, który tu tworzył swoje pierwsze wiersze.  W Palermo są też słynne Lasy Palermo - ogromy park ze sławnymi ogrodami: różanym i japońskim, budami z hot-dogami, grillowanym mięsem i piwem. Palermo to też najlepsza pizza jaką jadłam w życiu. Swojsko nazwane miejsce - Kentucky Pizza:) - fast food z pizzą, ogromny ruch i dwa spore kawałki margerity z kuflem piwa za 5 zeta:). Żyć nie umierać!

O Plaza de Mayo i Puerto Madero doczytajcie. ?adnie, ale bez smaczków. No może tylko to, że w Puerto Madero (dzielnica nad rzeką la Plata), gdzie odrestaurowane stare budynki portowe teraz mieszczą drogie restauracje, na deptaku przy nich wystawione są krowy - taka wystawa, spotykałyśmy się z nią i w innych miastach - tu krowa podróżniczka, tam krowa kura domowa. To taki oryginalny smaczek.

W piątek z ciężkim sercem pakujemy plecaki i wsiadamy do autobusu do Rosario, gdzie czeka na nas kolega Ani Grabary - Miguel.

Leave a comment

You must be logged in to post a comment.